SERCU NA ZDROWIE

Nadciśnienie i nadmiar cholesterolu to dla naszych serc „zabójczy duet”. Tymczasem obie te choroby można niezwykle łatwo wykryć i monitorować, a także łatwo i skutecznie leczyć. Trzeba tylko chcieć zadbać o własne serce. Nic więcej. 

 

Na początek kilka uwag na temat fizjologii człowieka. Nasze ciało zbudowane jest z bilionów komórek, które muszą otrzymywać na bieżąco jedzenie i tlen. W tym celu natura wyposażyła nas w układ krwionośny, jeden z najważniejszych komponentów całego organizmu. Układ ten składa się z pompy oraz z kilometrów szerokich, cienkich i całkiem cieniutkich rur, rurek i rureczek. Zadaniem pompy i rurek jest doprowadzenie odżywczej krwi do każdego zakątka ciała, w tym do najbardziej oddalonych palców u nóg i rąk. Dlatego pompa jest bardzo silna. Gdyby ustawić obok niej pionową rurę odpowiedniej średnicy, krew w czasie skurczu podniosłaby się do poziomu 9 metrów. Pompa nigdy nie odpoczywa. Każdego dnia wykonuje ok. 100 tysięcy skurczów, zaś tłoczona krew przemierza drogę o długości blisko 100 tysięcy kilometrów. Co więcej, pompa potrafi dostosowywać się do naszych potrzeb – przyspiesza, gdy wchodzimy po schodach albo denerwujemy się przed publicznym występem, zwalnia, gdy odpoczywamy. Działa niezależnie od naszej woli, jest bowiem wyposażona we własne rozruszniki, choć jej praca – jak mówiliśmy przed chwilą – podlega też naszym emocjom i nastrojom.

 

Tylko nie pal!

Owa pompa to naturalnie serce, a rurki to naczynia krwionośne. Oba te elementy są niezwykle mocne i odporne, ale nie są niezniszczalne. Ich prawidłowe działanie zależy od całej gamy czynników. Należą do nich takie, na które nie mamy żadnego wpływu i takie, na które możemy – przynajmniej do pewnego stopnia – wpływać. Do pierwszych trzeba zaliczyć naszą płeć (męskie serca są nieco bardziej narażone na choroby, np. na zawał), geny (a więc to, czy odziedziczyliśmy po rodzicach skłonność do chorób serca i naczyń), wreszcie wiek (im jesteśmy starsi, tym nasz układ krwionośny jest zwykle słabszy, bardziej narażony na schorzenia).

Przejdźmy do drugiej klasy czynników szkodzących sercu, na które już sami mamy wpływ. Tu na czoło wysuwa się palenie papierosów. Na szczęście, coraz więcej z nas nie ma już wątpliwości, że papierosy rzeczywiście bardzo szkodzą i albo w ogóle nie zaczyna palić, albo rozstaje się z nałogiem. Ci, którzy bagatelizując zagrożenie nie rezygnują z papierosów, są zdecydowanie bardziej narażeni nie tylko na zawał serca i udar mózgu, ale także szereg nowotworów z rakiem płuc na czele. Dość wspomnieć, że wypalenie każdego papierosa skutkuje natychmiastowym przyspieszeniem akcji serca, skurczem naczyń krwionośnych i podniesieniem ciśnienia krwi. A rasowy palacz dostarcza takich „atrakcji” sercu i naczyniom kilkanaście razy dziennie, dzień w dzień.

Oprócz papierosów nasz układ krwionośny nie lubi także wyraźnie nadmiaru tłuszczu. I chodzi tu zarówno o ów tłuszcz, który zmagazynowaliśmy na naszym brzuchu (długość obwodu w pasie jest jednym ze wskaźników ryzyka zawału), jak i o ten, który zjadamy codziennie na śniadanie, obiad i kolację, wreszcie o ten, który krąży w naszej krwi, a którego poziom niekoniecznie związany jest bezpośrednio z tym, co niedawno zjedliśmy. Lekarze wiedzą dziś dokładnie jak sprawdzić, czy tego tłuszczu nie jest za dużo, a więc czy nie dotknęła nas tzw. hipercholesterolemia. W tym celu trzeba zrobić sobie badanie krwi noszące nazwę lipidogramu. Nie jest ono kosztowne, a jedyna niedogodność, to wybranie się do punktu pobrań przed zjedzeniem śniadania i ewentualne pokonanie strachu przed ukłuciem, jeśli ktoś taki lęk odczuwa.

 

Zły, dobry cholesterol

Lipidogram uwzględnia następujące wartości: cholesterol całkowity, tzw. „zły” cholesterol, czyli w skrócie LDL, „dobry” cholesterol (w skrócie HDL), wreszcie poziom tzw. trójglicerydów. Dość długo sam miałem problem z zapamiętaniem, który cholesterol jest zły, a który dobry. Pomogło następujące porównanie: LDL to cząsteczki cholesterolu i białka niskiej gęstości – te lekkie cząsteczki wolno poruszające się w świetle naczyń stosunkowo łatwo przyklejają się do ich ścianek tworząc niebezpieczne blaszki miażdżycowe. Pęknięcie takiej blaszki może skończyć się zaczopowaniem ważnego naczynia i być przyczyną np. zawału serca. Z kolei HDL to cząsteczki o wysokiej gęstości, mniejsze i cięższe, które płynąc z większą szybkością do pewnego stopnia czyszczą naczynia ze złogów złego cholesterolu.

A zatem zdrowemu sercu sprzyja odpowiednio niski poziom LDL i odpowiednio wysoki HDL. Dzisiejsze normy przewidują, iż poziom całkowitego cholesterolu nie powinien przekraczać 190 mg/dl, poziom LDL pozostawać poniżej 115 mg/dl, zaś HDL powinno być nie mniej niż 40 mg/dl u mężczyzn i 50 mg/dl u kobiet. Normy te nie są sztywne, inna bowiem ilość złego cholesterolu będzie wciąż bezpieczna dla 25-letniej, zdrowej, uprawiającej ćwiczenia fizyczne kobiety, a inna (naturalnie niższa) dla 60-latka z nadwagą, który przeszedł już zawał i dopiero wtedy rozstał się z nałogiem tytoniowym.

Ważna uwaga – sam cholesterol nie jest synonimem zła. To związek nie tylko obecny, ale wręcz konieczny do prawidłowego funkcjonowania każdej komórki naszego ciała. Szkodzi dopiero jego nadmiar, a konkretnie – jak mówiliśmy – nadmiar LDL. Jak zadbać o jego prawidłowy poziom?

Istnieją dwa źródła cholesterolu: część bierze się z pożywienia, a część wytwarza nasza własna wątroba. Wygląda na to, że natura robi nam tu pewnego psikusa. Często bowiem, gdy zaczynamy ograniczać spożycie cholesterolu, wątroba zaczyna nadrabiać z jego produkcją i w efekcie poziom niebezpiecznego LDL wprawdzie opada, ale nie o tyle, o ile byśmy chcieli. Uważa się, że zmiana nawyków żywieniowych na takie, które są korzystne dla serca, skutkuje obniżeniem poziom złego cholesterolu o mniej więcej 10 procent. Jest więc zdecydowanie o co walczyć, ale trudno też liczyć na to, że nawet całkowita rezygnacja z wątróbek, golonek i kiełbasek sprawi, iż niebezpieczeństwo rozwoju miażdżycy gwałtownie spadnie. Bywa, że trzeba sobie pomóc za pomocą leków.

 

18 mln Polaków

Leki takie pod nazwą statyny wymyślono ponad 30 lat temu i wkrótce potem stały się wielkim medycznym przebojem – zaczęły je łykać miliony ludzi na całym świecie, ponieważ zbyt wysoki poziom cholesterolu to problem wielu, wielu milionów. Ocenia się, że hipercholesterolemia dotyka dziś aż 18 mln dorosłych Polaków, czyli 60 proc. tej populacji! Niestety, tylko nieznaczny odsetek z nich temu przeciwdziała. Dlaczego?

Wielu jest nieświadomych zagrożenia, nigdy nie robiło sobie lipidogramu. A jeśli nawet zrobiło stosowne badanie, nie dotarło z wynikiem do lekarza. Kolejna grupa to ci, którym przepisano już leki. Osoby te zaczęły je łykać i następnie dość szybko zrezygnowały z terapii. Z badań przeprowadzonych w 2005 r. w USA wynika, że pacjenci, którym przepisano środki na nadciśnienie (o czym za chwilę), a także statyny, dość szybko wycofują się z leków. Po trzech miesiącach zażywało je już tylko 45 proc. chorych, a po pół roku zaledwie 36 proc. Ludzie ogólnie nie lubią łykać leków, uważają, że jest to niewygodne, a efektu zażywania statyn gołym okiem niestety nie widać. Co innego jak się weźmie tabletkę przeciwbólową czy nasenną. Tymczasem każde odstawienie statyn skutkuje nie tylko ponownym podniesieniem się poziomu złego cholesterolu, ale przyczynia się do tego, że wspomniane blaszki miażdżycowe stają się bardziej kruche, niestabilne, narażone na pękanie. Z kolei regularne łykanie statyn stosunkowo rzadko wywołuje niekorzystne skutki uboczne, choć – jak przy każdym leku – są takie osoby, które mają kłopot z ich tolerancją. Najczęściej zdarzają się nieprzyjemne bóle mięśniowe (występują u ok. 3 proc. pacjentów). Statyn nie lubi też produkująca cholesterol wątroba – u ok. 1 proc. osób mogą wystąpić z tego powodu zaburzenia działania tego narządu, dlatego przed leczeniem statynami i okresowo w jego trakcie należy sprawdzić czy z wątrobą jest wszystko OK.

Ponieważ użycie statyn jest jednak coraz bardziej powszechne, korzystnych danych na ich temat jest coraz więcej. Dane na dużych próbach pacjentów wyraźnie dowodzą, iż statyny zmniejszają ryzyko zgonu z powodu tzw. incydentów sercowo-naczyniowych.Niestety, nie wszyscy, włączając w to świat lekarski, są przekonani, że obniżenie poziomu złego cholesterolu może ratować życie – mówi prof. dr hab. Artur Mamcarz, szef III Kliniki Chorób Wewnętrznych II Wydziału Lekarskiego WUM w Międzyleskim Szpitalu Specjalistycznym w Warszawie.W Polsce zaczynają się wzorem ruchów antyszczepionkowych, ruchy antystatynowe, co my – kardiolodzy obserwujemy ze smutkiem i z niepokojem – dodaje lekarz.

 

Ciśnienie pod kontrolą

Wracamy do tego, czego nie lubi nasze serce i naczynia. Tym czymś jest także nadmiar soli w pożywieniu, długotrwały stres, a także brak regularnych ćwiczeń fizycznych. Czynniki te, a także wspomniane już wcześniej palenie papierosów i otyłość, przyczyniają się do bardzo powszechnego schorzenia zwanego nadciśnieniem tętniczym. Pompa wtłacza krew do naczyń pod sporym ciśnieniem. Gdyby nie ów silny skurcz, życiodajny płyn nie dopłynąłby tam, gdzie trzeba. Jeśli jednak ciśnienie staje się za wysokie i stan taki utrzymuje się dłużej, dla organizmu jest to niebezpieczne. Kardiolodzy są zdania, iż prawidłowe ciśnienie to 120-130/70-80 mm Hg (wyższa wartość to ciśnienie, gdy serce się kurczy, niższa, gdy jest rozkurczone). Do prawidłowego ukrwienia całego ciała, w tym mózgu, potrzeba, by wartości te były nie mniejsze niż 90/60, ale optimum, to wspomniane 120-130/70-80 mm Hg (wiedzą coś o tym tzw. niskociśnieniowcy, odczuwający często senność i brak energii do działania). Niedobrze zaczyna się dziać, gdy ciśnienie osiąga, a przede wszystkim przekracza, 140/90. Długotrwały zbyt silny napór na ściany naczyń działa na ich szkodę, grozi udarem krwotocznym na skutek nagłego pęknięcia naczynia. Jeśli pęknięciu ulegnie nawet niewielkie, ale za to położone w ważnej części mózgu naczynie, konsekwencje mogą być bardzo poważne.

Uwaga – wartości ciśnienia zmieniają się z wiekiem. U osób młodych ciśnienie jest na ogół niższe, u starszych naczynia stają się mniej elastyczne, stąd nieco wyższe wartości. Dlatego u 75-latka ciśnienie 150/80 nie jest powodem do niepokoju, ale u osoby 30-letniej zdecydowanie tak.

Medycyna dawno już wymyśliła leki na nadciśnienie tętnicze. Dawniej preparaty te były mniej doskonałe i np. zmniejszały ciśnienie zbyt mocno, dzisiejsze preparaty robią to znacznie bardziej inteligentnie, obniżając ciśnienie wyłącznie o tyle, o ile trzeba. Arsenał tych środków jest szeroki, mechanizmy ich działania mogą być różne, natomiast zadanie to samo: obniżyć ciśnienie do bezpiecznej wartości.

 

A + B < AB

Szacuje się, że w Polsce na nadciśnienie tętnicze cierpi aż 10,5 mln osób, a więc co prawda mniej niż z powodu zbyt wysokiego poziomu cholesterolu, ale liczba ta też jest bardzo niepokojąca. Co istotne, obie te choroby występują często ze sobą w parze. Dzieje się tak w ok. 6,5 mln przypadków. Nic dziwnego. Niektóre wymienione wcześniej czynniki mogą skutkować zarówno niebezpieczną zwyżką ciśnienia jak i podwyższeniem poziomu złego cholesterolu. Mówi się nawet o „zabójczym duecie” – nadciśnienie i hipercholesterolemia. Ten zabójczy duet, naturalnie nie od razu, ale działając ręka w rękę przez lata, to prosta droga do zawału serca.

Niestety, nadciśnienie podobnie jak nadmiar cholesterolu nie boli, stąd podobne kłopoty i z jego wykryciem, i z terapią. Co prawda do wykrycia nadciśnienia nie trzeba się nawet kłuć, wystarczy w pół minuty, całkiem bezboleśnie zmierzyć sobie ciśnienie. Można to też zrobić samemu w zaciszu własnego mieszkania – stosowny aparat jest do nabycia w każdej aptece.

Naturalnie jednorazowy pomiar nie oznacza jeszcze nadciśnienia, ale jeśli zbyt wysokie wartości stwierdzi się podczas kolejnych pomiarów, nie ma rady, należy udać się do lekarza.

Podobnie jak w przypadku statyn, ludzie lekkomyślnie odstawiają leki obniżające ciśnienie.

Pójście do lekarza po kolejną receptę, zrealizowanie jej w aptece, wymaga zbyt dużo zachodu. – W końcu nic złego się nie dzieje – twierdzi wielu z nas. Okazuje się, że niezwykle przydatna w utrzymywaniu pacjentów w ryzach jest współpraca lekarzy z farmaceutami. Wykazano, że wystarczy, żeby osoba wydająca w aptece lek na nadciśnienie powiedziała: „No to do zobaczenia za dwa miesiące, kiedy skończy się panu/i ten lek na nadciśnienie”, by wielu klientów nie przerwało terapii.

Wracając do „zabójczego duetu” medycyna ma na niego dobrą odpowiedź w postaci „leczniczego duetu”. Otóż stosowanie statyn i w tym samym czasie leków obniżających ciśnienie działa synergistycznie, tzn. ich korzystne działanie jest czymś więcej niż tylko sumą działań poszczególnych leków. A więc AB jest większe od A + B. Po to, by zapewnić lepszą kontrolę nad stanem serca i naczyń, a także ułatwić pacjentom życie, wymyślono preparaty „dwa w jednym”, tj. zawierające w jednej tabletce statynę i środek obniżający ciśnienie.

 

Dżuma czy cholera?

Czy z dwojga złego lepiej mieć nadciśnienie, czy borykać się z hipercholesterolemią? – pytam profesora Mamcarza.To tak jakby mnie pan spytał, co lepsze: udar mózgu czy zawał serca albo czy lepiej zachorować na dżumę, czy cholerę? – pada odpowiedź. – Jeśli mamy kłopot i z ciśnieniem, i z nadmiarem cholesterolu, trzeba zadbać o obie te sprawy – przekonuje specjalista. – Warto to uczynić, ponieważ obie choroby bardzo łatwo wykryć i bardzo łatwo i tanio można leczyć, zaś korzyści z takich terapii są gigantyczne – ciągnie profesor Mamcarz.

Ale uwaga! Nie umartwiajmy się przy tym. Ludzie nie mogą żyć w ciągłym stresie, że niczego im nie wolno, a jak już mają nadciśnienie czy hipercholesterolemię, to niebawem się będą kłaść do trumny. Po pierwsze dzięki zdrowszemu trybowi życia, a jak potrzeba to i dzięki nowoczesnym lekom – można doskonale nad tym panować. A po drugie – jak wszędzie w życiu – przydaje się zdrowy umiar. Jeśli ktoś uwielbia zjeść podczas wakacji golonkę, niech zje tę golonkę. Jeśli chce się napić trochę więcej wina, niech się napije. Ale niech robi to z głową, od czasu do czasu, a nie wcina golonkę co drugi dzień.

Wystarczy naprawdę nie tak wiele wysiłku z naszej strony, by „pompa” była dobrze „naoliwiona” i służyła nam przez lata, a „rury i rurki” nie korodowały i nie zapychały się.

Niektórym z nas – tj. tym, którzy mają dobre geny, dobrą przemianę materii, a na dodatek lubią się ruszać – przyjdzie to łatwiej, niektórym trudniej. Każdy z nas może jednak zrobić coś dobrego dla własnego serca.

Sławomir Zagórski

(foto: Adobe Stock©puhhha)